Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
73 posty 707 komentarzy

Nowa Architektura Finansowa

Jacek Rossakiewicz - ''Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart'' - Zasady monetyzacji gospodarki. Emisja pełnowartościowych pieniędzy - http://www.rossakiewicz.pl /demokracja/ Rzeczy Nowe - http://www.rzeczynowe.pl

Tadeusz Kowalik, PAŃSTWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ (1)

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„Teorię sprawiedliwości społecznej tworzyli raczej myśliciele liberalni, traktujący koncepcje egalitarne jako „realną utopię”, ideał, do którego należy dążyć, co oznacza przede wszystkim odrzucenie kapitalizmu wolnorynkowego.” T. Kowalik

 

Prezentowany tekst ukazuje liberalne korzenie pojęcia „sprawiedliwości społecznej”. Pojęcia tak „wściekle” atakowanego na łamach Nowego Ekranu, przez ortodoksyjnych wyznawców „rytu liberalnego” spod znaku Misesa i Friedmana, (a w Polsce: Balcerowicza). Większość tych ludzi zapewne nie zna lub nie chce zauważyć jasnej strony liberalizmu, którą świetnie opisuje Tadeusz Kowalik, nawiązując do teorii Johna Stuarta Mill’a i Johna Rawls’a.

Przy okazji jasnym staje się fakt, iż najbardziej wartościowa spuścizna liberalizmu zawarta jest implicite w koncepcji Demokracji Finansowej i Nowej Architekturze Finansowej.

 

 

prof. dr hab. Tadeusz Kowalik

PAŃSTWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ

 

O tym, że sprawiedliwość społeczna to tylko intuicja, pisał… prezes Trybunału Konstytucyjnego, oceniając zapisy ustawy zasadniczej, w której znajduje się wyjątkowo dużo gwarancji składających się na ową sprawiedliwość! Leszek Balcerowicz i jego akolici przyzwyczaili publicystów do uporczywego ujmowania tego pojęcia w cudzysłów. A jeśli ktoś odważy się podnieść kwestię łagodzenia nadmiernych nierówności, zaraz zostanie ofuknięty jako dinozaur PRL, co ma wynikać z „zawiści i pogardy” dla wiedzy, inicjatywy i przedsiębiorczości.

 

Temat modny, lecz nie w Polsce

Podejmując tematykę sprawiedliwości społecznej, z trudem można się uwolnić od myśli o straszliwym prowincjonalizmie naszego środowiska ekonomicznego, a może i ogółu nauk społecznych. Znani uczeni brytyjscy, A. B. Atkinson i John Micklewright, w decydującym okresie przemian systemowych zarzucili ekonomistom krajów postkomunistycznych obojętność wobec problematyki podziału dochodu narodowegoi tak już pozostało.

W Polsce milczeniem lub gołosłownym odrzuceniem pokrywa się nawet najważniejsze światowe wydarzenia i debaty. Za przykład najjaskrawszy może służyć przyznanie w 1998 r. Amartyi K. Senowi Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za badania nad nierównościami, biedą i głodem. Fakt ten za skandal uznała „Gazeta Bankowa” piórem Ryszarda Legutki, dla Henryki Bochniarz był to dowód „upolitycznienia Komitetu Noblowskiego”, a dla publicysty „Gazety Wyborczej” – kolejny argument na rzecz zniesienia nagrody.

Tymczasem na Zachodzie obserwujemy erupcję badań i debat na ten temat. Znane wydawnictwo opublikowało dwa opasłe tomy tekstów, w tym kilku noblistów, pod tytułem „Sprawiedliwość ekonomiczna”. Redaktorzy i autorzy wyraźnie obejmują przymiotnikiem „ekonomiczny” również treści społeczne. Przez wielu naszych ekonomistów uważane byłoby to za oczywisty błąd, ponieważ sprawiedliwość czy problemy socjalne mają sięznajdować poza sferą gospodarki i ekonomii.

W 1994 r., po ponad trzydziestu latach od wydania oryginału, ukazał się polski przekład głównego dzieła Johna Rawlsa pt. „Teoria sprawiedliwości”. W świecie wywołało lawinę literatury filozoficznej, socjologicznej, politologicznej, prawniczej i ekonomicznej. U nas – pozostało poza zainteresowaniem ekonomistów.

 

Liberałowie o równości szans

Nie sposób zaprzeczyć, że pojęcie sprawiedliwości społecznej jest wieloznaczne. Jednak gdy wiemy, że odsetek dzieci żyjących poniżej progu ubóstwa wynosi ok. 25% w USA i poniżej 3% w Szwecji (2000), to nie musimy się odwoływać do teorii, by stwierdzić, który kraj bardziej respektuje elementarne zasady sprawiedliwości. Jednocześnie pojęcie to nie jest już tylko intuicyjne. Wobec ogromu literatury nawiązującej do dzieła Rawlsa, nie do utrzymania jest pogląd, że brak nam teorii; przeciwnie, jest ich wiele.

Nieprawdą jest też, że problematyka sprawiedliwości społecznej nie jest mierzalna. Twierdzenie takie wynika z pojęciowego ograniczenia się do mierzalności bezpośredniej. Tymczasem w ekonomii i socjologii istnieje długa tradycja mierzenia zjawisk i procesów w sposób pośredni. Na ogół nie mierzy się bezpośrednio ani dobrobytu społecznego, ani rozwoju (nie wzrostu) gospodarczego, choć w odniesieniu do obu są i takie próby. Szereg wskaźników pozwala jednak na mierzenie pośrednie. Analogicznie, jeśli przyjąć, że sprawiedliwość społeczna realizuje się wskutek usuwania barier dla ekonomicznego, społecznego, politycznego i intelektualnego potencjału każdej jednostki – głównie przez zmniejszanie nierówności dochodowych i majątkowych, ale także np. w dostępie do stanowisk w różnych sferach życia społecznego – to pojęcie, o którym mówimy, nabiera treści uchwytnych i będących od dawna przedmiotem badań. Dodajmy, że w ostatnich dwóch dekadach nawet takie zjawiska jak wolność czy demokracja zostały poddane procedurom mierzenia.

Chyba najłatwiej o zgodę w tym, że sprawiedliwość społeczna ma zapewnić równość szans. Spór toczy się o to, jak ją rozumieć. Znaczna część dawnych liberałów i obecni neoliberałowie wychodzą z założenia, że rynek „merytokratycznie” dzieli produkty i usługi, zgodnie z wkładem, a więc sprawiedliwie. Celem jest więc tylko zagwarantowanie równości wobec prawa. Na taki redukcjonizm nie godzili się socjaliści, a później socjaldemokraci. Novum polega na tym, że współcześnie dołączyli do nich, a często ich zastąpili, coraz liczniejsi myśliciele liberalni. Obecnie jednym i drugim chodzi o rzeczywistą równość szans, która wymaga braku rażących nierówności dochodowych oraz znaczącego marginesu wykluczonych.

Chodzi więc o taki rozdział zasobów materialnych, który pozwala na kształcenie i samokształcenie, umożliwia pracę przynajmniej w przybliżeniu zgodną z umiejętnościami i zainteresowaniami, zapewnia godziwą płacę, możliwość uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym. John E. Roemer i wielu innych teoretyków sprawiedliwości społecznej wprowadzają pojęcie „wyrównywanie pola gry” na szeroko pojętym „rynku” (także społecznym i politycznym). Państwo musi więc brać na siebie obowiązek organizowania gospodarki w taki sposób, by zatrudnienie mieli wszyscy zdolni i chętni do pracy. Masowe bezrobocie nie daje się pogodzić ze sprawiedliwością społeczną.

To dobra okazja, by raz jeszcze (robił to wielokrotnie Andrzej Walicki) wyjaśnić różnicę między tym, co u nas uchodzi za myśl liberalną, a zachodnią myślą liberalną. Nie jest bowiem prawdą, że postulat sprawiedliwości społecznej został bez reszty zaanektowany przez społeczną lewicę (włączając chrześcijańską). Więcej nawet: teorię sprawiedliwości społecznej tworzyli raczej myśliciele liberalni, traktujący koncepcje egalitarne jako „realną utopię”, ideał, do którego należy dążyć, co oznacza przede wszystkim odrzucenie kapitalizmu wolnorynkowego.

Oto na przykład pisał Bruce Ackerman: Ustrój oparty na zasadach laissez-faire z jednej strony akceptuje ogromną koncentrację dziedzicznego bogactwa, a z drugiej dopuszcza istnienie klasy niewykształconej, pozbawionej wszelkiego majątku. Taka systematyczna wadliwa dystrybucja bogactwa zamienia w farsę ideał równego uczestnictwa politycznego. Spójna jest również z wszelkimi przejawami zawodności rynku: tworzeniem karteli, degradacją środowiska, powszechnym nadużywaniem ignorancji konsumentów. Żaden myślący liberał /…/ nie będzie z radością przyglądał się tak jawnym niesprawiedliwościom.W innym miejscu autor ten podkreślał, że dla współczesnego liberalizmu prawo własności nie jest największą świętością. Ustąpić musi ono takim wznioślejszym wartościom jak umożliwienie obywatelom rozwoju osobowości w warunkach swobody i równości.

 

Demokracja właścicielska

Niektórzy teoretycy liberalizmu podkreślali, że kapitalistyczna własność powstała z naruszeniem elementarnych praw. Tak uważał np. jeden z najważniejszych myślicieli tego nurtu, John Stuart Mill. W swym głównym dziele ekonomicznym pisał: Społeczne urządzenia współczesnej Europy zaczęły się od podziału własności będącego rezultatem podboju i gwałtu, a nie sprawiedliwego podziału lub nabycia przez skrzętność [...]. System ten ciągle nosi wiele istotnych cech owych początków. Prawa własności nigdy nie zostały skonfrontowane z zasadami, na których opiera się usprawiedliwienie prywatnej własności. Uczyniły one własnością rzeczy, które nigdy nie powinny nią być, także stworzyły własność absolutną w przypadkach, gdy istnieć powinna tylko własność ograniczona. Nie zachowały one przyzwoitej równowagi między jednostkami ludzkimi /…/; celowo wymusiły nierówności i uniemożliwiły przyzwoity start w wyścigu wszystkich.

Mill dowodził, że socjaliści okazaliby się zbędni, gdyby prawo sprzyjało upowszechnieniu bogactwa, a nie jego koncentracji. Dzieło Rawlsa, powszechnie uważanego za myśliciela liberalnego, można uznać za próbę naprawienia tego historycznego błędu. Już w samej koncepcji ogólnej postulowanego ustroju autor podkreśla postulat równego podziału bogactwa, a więc i własności: Wszelkie pierwotne dobra społeczne – wolność i szanse, dochód i bogactwo, a także to, co stanowi podstawy poczucia własnej wartości – mają być rozdzielone równo, chyba że nierówna dystrybucja któregokolwiek z tych dóbr bądź wszystkich jest z korzyścią dla najmniej uprzywilejowanych.

Chyba jednak najdobitniej sformułował to w przedmowie do polskiego wydania swego dzieła: W państwie opiekuńczym chodzi o to, by nikt nie spadł poniżej określonego, godziwego poziomu życia i aby wszystkim zapewnić ochronę w razie wypadku czy niepowodzenia, na przykład zasiłek dla bezrobotnych i opiekę zdrowotną [...]. Taki system może dopuszczać wielkie i dziedziczne nierówności w zakresie rozdziału bogactwa, które są nie do pogodzenia z autentyczną wartością wolności politycznych [...], jak również wielkie różnice dochodu, naruszające zasadę dyferencji. Choć czyni się pewien wysiłek, by zapewnić autentyczną równość szans, jest on przy takich różnicach w zakresie dochodu, i w konsekwencji – wpływu politycznego, niewystarczający albo nieskuteczny. W przeciwieństwie do tego w demokracji właścicielskiej celem jest urzeczywistnienie przez cały czas idei społeczeństwa jako sprawiedliwego systemu kooperacji obywateli, jako wolnych i równych osób. Tak więc instytucje podstawowe od początku muszą działać tak, by środki produkcji trafiały w ręce szerokiej rzeszy obywateli – tak aby w pełni uczestniczyli oni w społecznej kooperacji – a nie tylko w ręce nielicznych.

Przypomnijmy też, że przystępując do definicji swej koncepcji ogólnej, Rawls zastrzega, iż nierówności społeczne i ekonomiczne mają być tak ułożone […] aby były z największą korzyścią dla najbardziej upośledzonych – nie z korzyścią w ogóle, lecz z największą korzyścią. Chodzi, jak sądzę, o dawanie więcej tym, którzy nie ze swojej winy cierpią niedostatek lub narażeni są na bariery uniemożliwiające korzystanie z autentycznie równych szans (ulubiony zwrot Rawlsa). Na przykład należy dawać więcej środków na edukację dzieciom ze slumsów, ponieważ inaczej odziedziczą slumsowy status. Podobnie jak czynią to rodzice, wysyłając na korepetycje dziecko mniej zdolne, ponieważ utalentowane da sobie samo radę. Dopiero wówczas, gdy osiągną one w przygotowaniu do życia mniej więcej równy poziom i jako dorosłe będą mogły odpowiadać za siebie, można je traktować (np. w testamencie) jednakowo. Ten nurt myśli wymaga przypomnienia, gdyż we współczesnej Polsce dominuje aroganckie wołanie nowobogackich o prawo do przeciwstawnej nierówności: o prawo do nieograniczonego bogactwa.

Wbrew częstej opinii, w dziele Rawlsa znajdujemy całkiem konkretnie zarysowany obraz organizacji państwa zapewniającego sprawiedliwość społeczną. Jednym z jego zadań miałoby być stopniowe i ciągłe korygowanie podziału bogactwa i zapobieganie koncentracji władzy, godzącej w wolność polityczną i równość szans. Ostatecznym celem jest system, w którym ziemia i kapitał są w posiadaniu, niekoniecznie równym, ale szerokich rzesz, nie zaś małej grupy kontrolującej większość zasobów.

Kontynuacja myśli Milla i Rawlsa znalazła swój najpełniejszy wyraz w pracach Josepha Stiglitza. Sformułował on wiele postulatów, które brzmią jak ostra krytyka polskiej transformacji. Tylko tytułem przykładu zacytuję ten z nich, który jeszcze po rozpoczęciu wielkiego skoku na rynek, w maju 1990 r. pozostawał niespóźnioną sugestią. Dotyczył dopiero projektowanej na wielką skalę prywatyzacji sektora publicznego: gospodarki krajów posocjalistycznych są w wyjątkowej sytuacji, mając możliwość stworzenia takiej równości własności bogactwa, która nieosiągalna być może w innych gospodarkach rynkowych. Często formułowany cel „kapitalizmu ludowego” może rzeczywiście znajdować się w zasięgu ręki, w sposób, który w innych krajach jest trudny do pomyślenia z uwagi na istniejącą koncentrację własności. Kraje posocjalistyczne nie powinny utracić okazji dokonania reform, które są osiągalne.

 

Sprawiedliwość = stabilność = efektywność

Czy sprawiedliwość społeczna kosztuje? Dotykamy tu czegoś, co uważam za największe osiągnięcie w dziedzinie teorii ekonomii czasu powojennego, choć w Polsce notorycznie przemilczane.

Przez wiele dziesięcioleci sądzono, że wzrost gospodarczy (przynajmniej w fazie uprzemysłowienia) nieuchronnie powoduje wzrost nierówności dochodowych. Za teoretyczne uogólnienie uchodziła tu rozprawa Simona Kuznetsa, której autor wyrażał jedynie nadzieję, że na wysokim stopniu rozwoju powstaną warunki do łagodzenia nierówności. Jeszcze w latach 70. Arthur Okun, jeden z bliskich doradców prezydentów Kennedy’ego i Johnsona, działający zresztą na rzecz zmniejszenia nierówności, opublikował książkę, której tytuł sugeruje nieuchronny konflikt pomiędzy równością i efektywnością. Brzmiał on „Equality and Efficiency: The Big Tradeoff” (w wolnym tłumaczeniu: „Ile równości, ile efektywności?”). Tradeoff oznacza tu: jeśli chcesz więcej pierwszego, to zapłacisz zmniejszeniem drugiego, i odwrotnie.

Pod wpływem realiów, głównie tzw. tygrysów wschodnioazjatyckich, dokonała się radykalna zmiana poglądów. Fakty i dane statystyczne dowodnie świadczyły, że najwyższą dynamikę wykazywały kraje o najmniejszych nierównościach dochodowych. Kropkę nad „i” postawił Stiglitz, wówczas główny ekonomista Banku Światowego (1997-2000), ogłaszając, że doświadczenie wschodnioazjatyckie skłoniło go do odrzucenia prawa Kuznetsa.

Przykłady dwóch krajów przywoływane są jako dowód, że wielkie i rosnące nierówności mogą iść w parze z bardzo wysoką stopą wzrostu. Prawdziwego skoku modernizacyjnego dokonała w ciągu zaledwie kilkunastu lat Irlandia. Z kraju o średnim poziomie PKB wysunęła się na czoło państw UE pod względem wysokości dochodu narodowego w przeliczeniu na mieszkańca (wyprzedza ją tylko Luksemburg). Powstaje jednak pytanie, czy stworzyła ona społeczeństwo stabilne, zdolne do długotrwałego rozwoju. Głębia zapaści jej gospodarki w czasie obecnego kryzysu ma wiele wspólnego z faktem, że spadek udziału płac w dochodach ludności (a więc i kurczenie się popytu krajowego) był tu bodaj najsilniejszy wśród krajów UE (może poza Polską). Drugim krajem są Chiny, szczycące się najwyższą na świecie stopą wzrostu gospodarki – średnio ok. 10% na przestrzeni ostatnich 30 lat. Tylko w pierwszej dekadzie marszu do kapitalizmu szybko ograniczały ubóstwo, obecnie zaś nierówności dochodowe osiągnęły tam poziom najbardziej nieegalitarnych krajów Ameryki Południowej.

 

Mit demontażu państwa opiekuńczego

W Polsce powszechnie uważa się, że na Zachodzie państwo opiekuńcze przechodzi lub przeszło do historii. Opinię taką ukształtowali, mocno wspomagani przez media, polscy konserwatywni liberałowie (tych niekonserwatywnych, wywodzących się nie od Hayeka i Friedmana, lecz od Milla, w Polsce prawie nie ma). Jednak najbardziej przyczynili się do tego korespondenci zagraniczni głównych organów prasowych, od lat wieszczący śmierć państwa opiekuńczego, modelu szwedzkiego czy społecznej gospodarki rynkowej w Niemczech. Taka systematyczna negacja istnienia państwa opiekuńczego na Zachodzie odgrywa oczywistą rolę instrumentalną. Wsparta wtłaczaną do głów koniecznością „reformy” finansów publicznych, ma zachęcać władze do dalszego demontażu socjalnych funkcji państwa, jako czegoś oczywistego.

W tym kontekście szczególnie ważne stają się doświadczenia krajów nordyckich.Przede wszystkim okazało się, że wejście do Unii Europejskiej nie zmieniło zasadniczo charakteru ich ustroju społeczno-ekonomicznego. Wbrew często powtarzanym opiniom o negatywnym wpływie wysokiego poziomu wydatków socjalnych i uprawnień pracowniczych, czynniki te nie przeszkodziły ich sukcesowi gospodarczemu. Niejako na marginesie problemu konkurencyjności USA i UE, dwaj austriaccy uczeni, Karl Aiginger i Michael Landesman, wysuwają wręcz ostrożne przypuszczenie, że w krajach tych rodzi się „przyszły model europejski”, charakteryzujący się wysokim stopniem opieki i szerokim zabezpieczeniem społecznym, lecz również inwestowaniem w nowe technologie i ich upowszechnianie.

Nie jest to niemożliwe, ponieważ państwo opiekuńcze się obroniło. Potwierdzenie tego faktu nietrudno znaleźć w danych statystycznych oraz monografiach specjalistów„Uporczywość” utrzymywania się państwa opiekuńczego wypływa m.in. z głęboko zakorzenionego przywiązania społeczeństw do jego instytucji. Nawet w Niemczech po reformach Schrödera-Hartza udział wydatków socjalnych w PKB wynosi obecnie 26%, o 9 punktów procentowych więcej niż w USA, a tylko o jeden punkt mniej niż w Szwecji.

Wiemy dziś, że jedną z głównych przyczyn obecnego kryzysu światowego jest wadliwy podział dochodu narodowego; wskazuje na to wielu znanych ekonomistów (m.in. Paul Krugman, Robert Reich, Joseph Stiglitz). W USA w latach 1978-2007 godzinowe płace 80% pracowników (z wyłączeniem menedżerów wszystkich szczebli) – nie wzrosły. To ten fakt sprawia, że zanika tamże klasa średnia. Zrodziło to wielkie problemy popytu krajowego, na tym podłożu powstała pokusa szukania środków zastępczych w postaci kolosalnego zadłużenia, m.in. osławione kredyty hipoteczne dla uboższych (subprime).

Nie jest wolna od tych problemów Unia Europejska. Ostatnio coraz częściej padają pod adresem Niemiec oskarżenia, że windując do niebotycznych wysokości eksport przy trzymaniu w ryzach płac krajowych, dezorganizują Euroland. Uważa się, że kraj ten ponosi częściową winę za kryzys Grecj. Choroba ta trawi również gospodarkę Polski. Szczycimy się, że w czasie transformacji już prawie dwukrotnie wzrósł PKB. O tyle też mniej więcej wzrosła wydajność pracy. Wszelako płace realne pozostawały daleko w tyle i odzyskały poziom sprzed transformacji dopiero w okolicach 2000 r. Były spychane w dół przez wysokie bezrobocie przy braku skutecznej działalności defensywnej związków zawodowych, zwłaszcza „Solidarności”, złamanej przez rozciągnięcie parasola ochronnego nad „planem Balcerowicza”. Niskie zaś płace jako narzędzie konkurencyjności nie zachęcały przedsiębiorców do postępu technicznego. Niskie płace to także ograniczony popyt, a więc i marne perspektywy zyskowności inwestycji. Są zatem antywzrostowe i antyzatrudnieniowe.

KOMENTARZE

  • "Niskie zaś płace jako narzędzie konkurencyjności nie zachęcały przedsiębiorców do postępu technicznego. Niskie płace to także o
    Nasi "biznesmeni" nie rozumieją, że zakładają sobie i całemu krajowi petle na szyję.

    Pozdrawiam
  • @Autor
    Balcerowicz i Mises? Mises się w grobie przewraca.

    III Rzeczpospolita i wolny rynek? Czy Pan na prawdę udaje, że nie dostrzegł po drodze postkomunistycznych "kolesiów", którzy rozkradali Polskę między "swoimi", tudzież za łapówki dla "obcych"?

    Cały wpis to jakby praca licencjancka pisana jedynie ze źródeł książkowych, które pisali inni, jedynie ze źródeł książkowych itd...

    Życzę otwarcia oczu na Polskie realia o 1989 *(podpowiadam, że miały bardzo mało wspólnego z wolnym rynkiem, a jednak więcej niż w PRL'u).

    Z pozdrowieniami,
  • Autor
    Cóż za bzdurny przykład z korepetycjami dla dzieci. Takie działanie (zaniedbywanie bardziej uzdolnionego kosztem tego mniej uzdolnionego) jest sprzeczne z instynktem samozachowawczym i szkodliwe z każdego punktu widzenia. Zaniedbując bardziej uzdolnione dziecko otrzymujemy w najlepszym wypadku dwóch przeciętniaków. Inwestując w nie zyskujemy szanse na jednostkę prawdziwie wybitną czym zwiększamy całkowitą sumę korzyści, w szczególności gdy to uzdolnione dziecko wykorzysta jeszcze swoja wiedzę, po to by podciągnąć słabsze. Prezentowany pogląd to klasyczna i typowa dla socjalistów wszelakiej maści manipulacja. W dodatku nie ma ona nic wspólnego ze sprawiedliwością, nawet tą społeczną. W sprawiedliwym społecznie rozwiązaniu środki są inwestowane w jednostkę bardziej wybitną, by ona w ramach solidarności zaopiekowała się to słabszą, której kosztem wybitna dostała szansę.
  • @Andarian 14:42:14
    A co to znaczy jednostka wybitna u dzieci? I dlaczego to niby te wybitne sa jakos lepsze i powinno sie o nie dbać bardziej niż o te słabsze?
  • @Zgreed66 15:27:09
    Mówisz o katastrofach energetyki jądrowej? Czy może o "zasuwaniu" od switu do zmroku 365 dni w roku w szczytnym celu by nie brac urlopu?
  • @Zgreed66 16:03:10
    Nie masz pojęcia w jaki sposób i po co segregować dzieci i nie wiesz do jakich to skutków prowadzi.
    Wkładanie wysiłku w osoby utalentowane wcale nie wyklucza i nie przekresla zasadności troski o dzieci czy tez młodzież tzw. mniej uzdolnioną.

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

ULUBIENI AUTORZY

więcej