Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
73 posty 707 komentarzy

Nowa Architektura Finansowa

Jacek Rossakiewicz - ''Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart'' - Zasady monetyzacji gospodarki. Emisja pełnowartościowych pieniędzy - http://www.rossakiewicz.pl /demokracja/ Rzeczy Nowe - http://www.rzeczynowe.pl

Ladislau Dowbor, DEMOKRACJA EKONOMICZNA - jako warunek DEMOKRACJI POLITYCZNEJ (2)

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Etyka w ekonomii. Ekonomiści nie są naukowcami badającymi prawa przyrody – są osobami studiującymi mechanizmy oparte na praktykach społecznych, które zależą od władzy politycznej różnych aktorów ekonomicznych.

 Gospodarka funkcjonuje zgodnie z określonymi regułami gry, ale reguły gry są przedmiotem paktowania w nierównych warunkach władzy. [...]

...chodzi o to, aby stało się oczywiste, że reguły gry muszą ulec zmianie, że etyka w ekonomii powinna operować całościowym poglądem na proces rozwoju, a nie wycinkowymi wynikami oderwanymi od skutków. Nie chodzi już o dobroć – chodzi o elementarny zdrowy rozsądek [...]

 

 

Demokracja ekonomiczna

 

Dlatego demokracja ekonomiczna zaczyna się od etyki wyników. Nie posuwamy się zbytnio naprzód wiedząc, że szefowie korporacji mają dobre zamiary, łożą na szkoły w ubogich regionach, jeśli w całokształcie wynikiem jest pogłębienie nierówności i zniszczenie środowiska.

 

Demokracja jest kluczowa w tym procesie, bo gdy istnieją partycypacyjne formy podejmowania decyzji, obejmujące tym samym różne interesy, wynik staje się bardziej zrównoważony. Nie reprezentowane interesy nie wywierają wpływu na procesy podejmowania decyzji, co stwarza poważne problemy, gdyż interesy te dojdą do głosu, gdy poszkodowani osiągną już poziom desperacji. Dlatego demokracja ekonomiczna polega na osadzeniu rozmaitych interesów, zwłaszcza tych, którzy są lub mogą być poszkodowani, w procesach podejmowania decyzji. Tu również chodzi nie tyle o dobroć, ile o inteligencję instytucjonalną.

 

W Szwecji pracownicy zagraniczni, nie mając szwedzkiego obywatelstwa, mają prawo głosu w miejscowościach, w których mieszkają. A priori wydaje się to dziwne, bo nie są obywatelami tego kraju. Powód podawany przez władze szwedzkie jest interesujący: są to osoby, które potencjalnie mają najwięcej trudności, toteż szczególnie ważne jest zapewnienie, aby dochodziły do głosu i można było im sprostać. Dziś od przywódców politycznych i szefów korporacji wymaga się, aby trochę mniej znali się na gromadzeniu korzyści dla swoich wspólników i byli nieco bardziej inteligentni w sprawach ekonomicznych i społecznych.

 

Ogólnie rzecz biorąc, na poziomie rozwiązań instytucjonalnych, wyraźnie staje się konieczne podwójne wzbogacenie ich w stosunku do tradycyjnej centralnej pozycji państwa narodowego. Z jednej strony należy umocnić planetarną governance, ponieważ rozbieżność między gospodarką, która się globalizuje, a systemami kontroli, które pozostają narodowe, stwarza coraz bardziej niebezpieczną przestrzeń bezrządu. Z drugiej strony należy bardzo umocnić przestrzenie lokalne, na których najlepiej może przejawić się demokracja partycypacyjna, w pewien sposób wiążąca planetę w interaktywną sieć miast i w ten sposób umacniająca demokrację oddolną. Bez względu na to, czy takie będą drogi, czy inne, istotne jest to, że należy studiować możliwe wymiary instytucjonalne bardziej demokratycznych procesów podejmowania decyzji w sferze ekonomicznej.

 

Sama demokracja ekonomiczna przejawia się w jakości osadzenia w procesie produkcji, w zrównoważonym dostępie do wyników wysiłku i w dostępie do informacji zapewniającym prawo do wyboru.

 

Osadzenie w procesie produkcji jest kluczowe, lecz się go nie docenia – w takiej mierze, w jakiej na ogół szacuje się jedynie bogactwo albo ubóstwo, a więc dostęp lub brak dostępu do dóbr i usług, które wynikają z procesu produkcji.

 

Region São Joaquim na południu stanu Santa Catalina był ubogi, zamieszkany przez drobnych producentów bez perspektyw i z najniższymi w stanie wskaźnikami rozwoju społecznego. Podobnie jak inne regiony kraju, São Joaquim i sąsiednie gminy oczekiwały, że rozwój „przyjdzie” z zewnątrz pod postacią inwestycji wielkiego przedsiębiorstwa lub projektu rządowego. Niedawno niektórzy mieszkańcy regionu postanowili, że dłużej nie będą czekać i wybrali inny sposób rozwiązania swoich problemów: sami postanowili im sprostać. Ustalili specyficzne cechy miejscowego klimatu i stwierdzili, że wyjątkowo sprzyja sadownictwu. Zorganizowali się i z pomocą środków, którymi dysponowali, zrobili spółki z instytucjami badawczymi, utworzyli spółdzielnie, uruchomili wspólne kanały komercjalizacji, aby nie zależeć od pośredników – i dziś jest to jeden z najszybciej rozwijających się regionów kraju. Nie zależą od żadnej wielkiej korporacji, która z dnia na dzień może zmienić region: zależą od siebie samych.

 

Taka wizja, zgodnie z którą możemy być panami naszej własnej transformacji ekonomicznej i społecznej, bo na rozwój się nie czeka, lecz się go robi, stanowi jedną z najgłębszych zmian, które zachodzą w naszym kraju. Wizja ta wybawia nas z postawy krytycznych widzów zawsze nie dość zadowalającego rządu czy z biernego pesymizmu. Przywraca obywatelowi świadomość, że może wziąć swój los w swoje ręce, gdy istnieje lokalna dynamika społeczna, która ułatwia proces, generując synergię między rozmaitymi wysiłkami.

 

Ostatnio Międzynarodowa Organizacja Pracy ewoluowała ku pojęciu godnego zatrudnienia. Po linii tego pojęcia i studiów Ignacego Sachsa możemy pojąć, że rozwoju jakiejś inicjatywy produkcyjnej nie należy mierzyć jedynie wytworzonym produktem (output), gdyż częścią oceny jest jakość procesu produkcji pod względem zadowolenia osiąganego przez tego, kto w nim uczestniczy (outcome). Być może mieszkańcy São Joaquim uzyskiwaliby z hektara więcej jabłek, gdyby skolonizowała ich jakaś United Fruit. Czy jednak to jest celem? Producenci owoców w São Joaquim z dumą przyjmują gości, którzy przyjeżdżają podziwiać ich osiągnięcia, i czują, że wynik jest owocem ich własnych zdolności. Czyż zadowolenie z pracy, poczucie zawłaszczania procesu nie jest częścią osiąganych wyników?

Dziś wielka korporacja zachowuje się coraz bardziej jak państwo, jak gigant, który „daje” nam pracę i stara się, abyśmy czuli się uczestnikami elity, gdyż używamy jej marki. Dłużej nie możemy ignorować tego, że istnieje grupa megaprzedsiębiorstw, których produkt jest większy niż większości krajów świata i że ta władza ekonomiczna uzyskała tak ważny wymiar polityczny, iż na świecie coraz większa liczba osób uważa tradycyjną politykę za rzecz coraz mniej istotną, co sprawia, że sfera ta się opróżnia. To, że przywódcy polityczni najrozmaitszych tendencji prowadzą tę samą politykę ekonomiczną, nie wynika z ich miernoty czy fałszywości, ale z tego, że polityka – jak celnie określił to Octavio Ianni, „zmieniła miejsce”.

 

Ewolucja ku gospodarce wiedzy, wzrost znaczenia sfery społecznej w porównaniu z produkcją przemysłową w gospodarce jako całości i narastająca urbanizacja otwierają nowe przestrzenie zawłaszczania rozwoju przez samych aktorów społecznych każdego regionu, zależąc coraz mniej od dobrej woli siły, której nie kontrolujemy i która skłonna jest zachowywać się jak big brother.

 

W tym znaczeniu praca Guy Aznara Travailler moins pour travailler tous jest charakterystyczna: nie ma sensu podział pracy, w którym z powodu przepracowania część społeczeństwa stoi na krawędzi załamania nerwowego, a inna część jest zrozpaczona brakiem pracy. Racjonalizacja procesu wymaga na przykład demokratycznej interwencji w sprawie dnia roboczego, w tym decyzji, które obejmują nie tylko wieczną „konkurencyjność”, ale również wynik dla ludności pod względem równowagi społecznej, trwałości ekologicznej i prozaicznej jakości życia.

 

Punkt widzenia, zgodnie z którym nierówność planetarna nie tylko jest związana z dystrybucyjnym segmentem cyklu reprodukcji, lecz z niezrównoważonym osadzeniem osób w samych procesach produkcji, ma zasadnicze znaczenie. Otwiera przestrzeń dla zintegrowanego rozwoju lokalnego i dla poczucia, że nasza przyszłość zależy od nas, a nie od odległych spotkań ponadnarodowych. Nie wystarczy, aby jakieś przedsiębiorstwo czy odległa biurokracja robiły rzeczy, które są dla naszego dobra. Trzeba zapewnić osobom możliwość troski o własny los, o to, aby były aktorami.

 

Druga oś demokratyzacji gospodarki odnosi się do zrównoważonego dostępu do produktu naszych wysiłków. Należy stwierdzić, że może nasz system kapitalistyczny potrafi produkować, ale nie potrafi dzielić, a ponieważ cykl reprodukcji obejmuje zarówno produkcję, jak i dystrybucję, system ten jest strukturalnie niepełny.

 

Dziś coraz wyraźniej widać, że to, jak osoba jest wynagradzana, coraz mniej zależy od jej wysiłku czy woli pracy, a coraz bardziej od osadzenia w procesie produkcji.

Proces produkcji jest coraz bardziej procesem społecznym. Uniwersytety, które kształcą kadry, tak samo przyczyniają się do produktywności społecznej, jak przedsiębiorstwo, które w przyszłości ich zatrudni, ale poziomy płac są dramatycznie nierówne. Świat stworzył kręgi korporacyjne, w których jedni popierają przywileje innych i rezultaty są surrealistyczne, o czym świadczą choćby niezliczone doniesienia o poziomie wynagrodzeń dyrektorów wielkich przedsiębiorstw ponadnarodowych.

 

Dziś rezultat praktyczny jest taki, że zgodnie z danymi ONZ, 435 osób posiada bogactwo osobiste stanowiące równowartość rocznego dochodu najbiedniejszej połowy ludności świata. Aspekt etyczny sprawił, że ONZ określiła tę sytuacje jako „obsceniczną” w sytuacji, gdy na przykład w 2004 r. z powodu braku dostępu do czystej wody umarły 4 miliony dzieci. Jednak aspekt ekonomiczny skłania nas do rozumowania ześrodkowanego na wywołanej przez nierówność utracie produktywności systemowej.

 

W rzeczywistości, gdy niektóre osoby zaczynają zarabiać dziesiątki milionów dolarów rocznie, nie mogą one więcej konsumować, ponieważ osoba może skonsumować tylko pewna ilość kawioru i szampana. Dążą one do wyższego dochodu, ponieważ od pewnego poziomu pieniądz nie podnosi jakości życia, ale zapewnia więcej władzy. Chodzi oczywiście o władzę, którą sprawuje się nad innymi osobami. Z jakiegoś powodu minimum inteligencji społecznej skłoniło nas do porzucenia samowładczych form władzy politycznej i budowy demokracji. Dziś ta władza ekonomiczna, przekształcona we władzę polityczną, nie znajduje się pod żadną kontrolą i już czas, aby o tym pomyśleć.

 

Bardzo inspirujące na tym polu jest studium Sama Pizzigati. „W poprzednim pokoleniu dyrektorzy korporacji chyba nie mogli sobie wyobrazić, jak powiedzie się ich następcom. W 1975 r. Reginald Jones, wówczas dyrektor generalny General Electric, uważany za najbardziej utalentowanego dyrektora w kraju, przyniósł do domu 550 tysięcy dolarów, co w tymże roku stanowiło równowartość 36-krotności dochodu typowej rodziny amerykańskiej. W ćwierć wieku później, w 2000 r., dyrektor generalny General Electric Jack Welch przyniósł do domu 144,5 miliona dolarów, co w tymże roku stanowiło równowartość 3500-krotności dochodu typowej rodziny amerykańskiej. Tylko w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy 2004 r. dyrektor generalny Yahoo Terry Semel zainkasował 235 milionów dolarów. Taka kupa forsy sprawia, że w samej społeczności biznesowej podnoszą się głosy wzywające do radykalnych działań, zwłaszcza ze strony Richarda C. Breedena, byłego przewodniczącego U.S. Securities and Exchange Commission (SEC) – agencji regulującej Wall Street. W 2002 r. pewien sędzia federalny wyznaczył Breedena na kontrolera korporacyjnego WorldCom i polecił mu opracować plan naprawy tego upadłego giganta telekomunikacji przeżartego przez skandale. Później przyjęty plan Breedena spowodował całkowity demontaż szczodrej struktury wypłat bodźców dla dyrektorów – struktury, którą Breeden oskarżył o to, że zachęcała do nieodpowiedzialnej pogoni za bogactwem. Rozwiązanie Breedena polegało na określeniu dla dyrektora MCI – firmy, która powstała z popiołów WorldCom – pułapu całego wynagrodzenia pochodzącego ze wszystkich źródeł. Breeden wyznaczył to maksimum na nie więcej niż 15 milionów dolarów, zaznaczając od razu, że rada nadzorcza MCI może ustalić niższy pułap. W rzeczywistości Breeden ustalił pierwszą «płacę maksymalną» we współczesnej historii korporacji amerykańskich.”

 

Rozwiązania techniczne są zróżnicowane. W 1942 r. Franklin Roosevelt zażądał stuprocentowanego podatku od zysków przekraczających 25 tysięcy dolarów, co dziś stanowi równowartość 300 tysięcy dolarów. Zdołał wówczas doprowadzić do uchwalenia 94-procentowego podatku od zysków powyżej 200 tysięcy dolarów. Odtąd podatek federalny płacony przez najbogatszych ciągle maleje i dziś wynosi 17,5 proc. od ich całkowitego dochodu. Ustawa dyskutowana w kongresie amerykańskim ma zakazać korporacjom odliczanie z rachunku podatkowego wynagrodzeń dyrektorskich przekraczających 25-krotność płacy najniżej zarabiających pracowników. „Oczywiście, w Stanach Zjednoczonych takie pomysły”, komentuje Pizzigati, „nigdy się nie przyjmują. W następnych dziesięcioleciach możemy podążać drogą prowadzącą do jeszcze większej nierówności. Jeśli tak się stanie, jak będzie się żyć w Stanach Zjednoczonych w warunkach jeszcze większej nierówności? Aby odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy spojrzeć tylko na Brazylię.”

 

Anegdotyczny wymiar tego komentarza jest taki, że Brazylia, słynąca już tego, że jako ostatnia na świecie zniosła niewolnictwo, nadal ma solidną reputację kraju z prehistoryczną klasą panującą. Lecz punkt centralny jest prosty: nadmiar bogactwa, podobnie jak niedostatek dochodu, to z punktu widzenia społeczeństwa warunki patologiczne. Bardzo bogaci zaczynają dominować w polityce i jeśli będą potrzebowali być wybrani, skorumpują w tym celu życie polityczne, ale na ogół zadowolą się przekupywaniem polityków. Tak czy inaczej, rezultat to głęboka deformacja demokracji. Z drugiej strony, bardzo ubodzy nie mają możliwości zapewnienia sobie reprezentacji, zorganizowania się czy informowania się i faktycznie znajdują się na marginesie. Nazywanie tego, co z tego wynika, demokracją, to tylko nasza dobra wola.

 

Jeśli chodzi o demokrację ekonomiczną pod względem praktycznym, to warto przyjąć pułap nagromadzonej fortuny osobistej – na przykład możemy wyobrazić sobie, że taki pułap to 50 milionów dolarów, bo zakładamy, że za tyle może przeżyć nawet wymagający kapitalista – i pułap rocznego dochodu, w rodzaju tych 15 milionów rocznie, zaakceptowanych dla MCI przez sądownictwo amerykańskie. Taki podatek od fortuny, jaki stosuje się we Francji, w połączeniu z podatkiem od spadku, stopniowo powinien zapewnić minimum równowagi społecznej, choć wielkie fortuny w coraz większym stopniu przenosiłyby się do 50 rajów podatkowych rozrzuconych na planecie.

 

Jeśli chodzi o dochód, to najbardziej interesujące jest powiązanie dochodu minimalnego z dochodem maksymalnym, na przykład w ten sposób, że minimalny dochód rodzinny pomnożony przez 50 służy za odniesienia dla dochodu maksymalnego. Zgodnie z danymi przedstawionymi przez Pizzigatiego, w rzeczywistości w gospodarkach rozwiniętych 97 proc. osób posiadających dochód sytuuje się w granicach 1 do 10. Wielkim problemem są więc posiadacze wielkich fortun. Z politycznego punktu widzenia, kalkulacje pokazują, że są to jedyne osoby, które straciłyby na tego rodzaju stosunku maksimum/minimum. Z drugiej strony, olbrzymia większość jest zainteresowana zwiększeniem minimum, gdyż zwiększyłoby ono maksimum. Zgodnie z taką propozycją, powyżej maksimum opodatkowanie wynosiłoby 100 proc.

 

Ogromną głupotą jest wiązanie wysokiego wynagrodzenia – mamy na myśli takie godne nababów wynagrodzenia, jak to, co inkasował Michael Eisner, dyrektor generalny Disneya, który zarabiał gdzieś w paśmie 1,5 miliarda dolarów rocznie – z jakąś cudowną produktywnością superdyrektora. Jest to śmieszne i ma więcej wspólnego z übermenschem Nietzschego niż z jakąkolwiek racjonalnością ekonomiczną. Tim Berners-Lee wynalazł web (nasze www.), co było jednym z podstawowych postępów w świecie współczesnym – i nie wziął za to ani grosza. Louis Pasteur nie po to dał nam szczepionkę, aby surrealistycznie zarabiać. Postęp jest zasadniczo związany z czymś, co Madalena Freire nazwała „pasją poznawania świata”, a nie z działaniami nadludzkich dyrektorów.

 

W tej dziedzinie Marjorie Kelly jest autorką szczególnie interesującego studium pt. The Divine Right of Capital. Analizując rynek akcji w Stanach Zjednoczonych stwierdza ona, że mniemanie, iż przedsiębiorstwa kapitalizują się sprzedając akcje, jest nonsensowne, gdyż proces taki jest marginalny. „Zainwestowane dolary wpływają do korporacji dopiero wtedy, gdy sprzedane są nowe akcje. W 1999 r. wartość nowych akcji sprzedanych na rynku wynosiła 106 miliardów dolarów, podczas gdy wartość negocjowanych akcji osiągnęła gigantyczną sumę 20,4 bilionów dolarów. Tak więc, z całego wolumenu akcji, którymi obraca się na Wall Street, do przedsiębiorstw trafił tylko 1 proc. Można dojść do wniosku, że rynek jest w 1 proc. produkcyjny i w 99 proc. spekulacyjny.” Lecz oczywiście ludzie zyskują na akcjach i dlatego odbywa się odpływ zasobów. „Innymi słowy, gdy przyjrzymy się dwóm dziesięcioleciom 1981-2000, nie znajduje się przypływu pieniędzy akcjonariuszy w gotówce i bez odpływów. Od 1981 r. odpływ gotówki netto (net outflow) do nowych emisji akcji był negatywny na sumę 540 miliardów. (…) Odpływ gotówki był bardzo realnym zjawiskiem – a nie żadnym trickiem statystycznym. Zamiast dokapitalizować przedsiębiorstwa, rynek akcji je dekapitalizował. W ciągu dziesięcioleci akcjonariusze stali się ogromnym czynnikiem drenującym korporacje. Są największym balastem ze wszystkich. Nawet nieścisłe jest nazywanie ich inwestorami, gdyż w rzeczywistości są ekstraktorami. Gdy kupujemy akcje, nie wnosimy kapitału, lecz nabywamy prawo do wyciskania bogactwa.”

 

Rozumowanie to jest bardzo interesujące, ponieważ wskazuje na nowoczesny mechanizm wyciskania bogactwa: u podstaw leży wielki postęp produktywności, na który pozwalają nowe technologie, tylko że to nie pracownicy i w ogóle społeczeństwo czerpią z niego korzyści, gdyż zamieniają się one w bajeczne płace menedżerów i świetne wynagrodzenia dla akcjonariuszy, działających w zmowie, w której jedni chronią bogacenie się innych. W ten sposób postęp technologiczny, który powinien pozwalać wszystkim na godne i spokojne życie, w końcu skupia się w rękach niewielu, przyczyniając się do powstawania obscenicznych fortun.

 

Interesująco wypada skrzyżowanie rozumowania Kelly ze wspomnianym wyżej rozumowaniem Roberta Dahla o nieobecności jakiejkolwiek demokracji w przedsiębiorstwie. Wewnętrzny autorytaryzm przedsiębiorstwa zapewnia reprodukcję olbrzymich przywilejów i stwarza poziomy bogacenia się absolutnie nieproporcjonalne do efektywnego wkładu osobników we wzrost gospodarczy. „Jeśli demokracja jest uzasadniona w rządzeniu państwem”, pisze Dahl, „to w takim razie jest również uzasadniona w rządzeniu przedsięwzięciami ekonomicznymi.”

 

Na drugim końcu spektrum około 3 miliardów osób żyje za niespełna 2 dolary dziennie. Z powodu takiego niewielkiego wsparcia, jak na przykład koszyk rodzinny w Brazylii, niedożywione dzieci spędzą życie jako istoty mało produktywne i obciążające szpitale. Osoby niepełnoletnie zagubione w wielkich miastach, bez szkoły i pracy, powodują ogromne koszty utrzymywania bezpieczeństwa i często umierają w tym procesie. Kto na tym zyskuje? Rzeczywistość gospodarcza jest taka, że dużo tańsze jest wydobywanie ludzi z nędzy niż borykanie z jej pośrednimi kosztami. Utrzymywanie nierówności stanowi jeden z wielkich idiotyzmów naszych teorii ekonomicznych. Z punktu widzenia jakości życia jest to fatalne zarówno dla ubogich, którzy nie mają zapewnionego minimum, jak i dla bogatych, którzy nie mają zapewnionego bezpieczeństwa.

 

Trzecią osią demokracji ekonomicznej jest dostęp do informacji. Jest to oczywiście związane z istnieniem na planecie ogromnej masy ubogich, którzy nie mają dostępu do dostatecznej edukacji, efektywnej informacji, wiedzy technologicznej, ogółu minimalnych instrumentów, które mogłyby stanowić coś, co można nazwać niepewnym stopniem na schodach życia. Zapewnienie szans ekonomicznych stanowi punkt wyjścia dla wszelkiej demokracji ekonomicznej. To się organizuje demokratyzując dostęp.

 

Znakomitym tekstem prezentującym takie podejście jest Deklaracja z Cocoyoc z 1974 r. „Apelujemy do przywódców opinii publicznej, do wychowawców, do wszystkich zainteresowanych ciał, aby przyczynili się do kształtowania wyższej świadomości zarówno o pochodzeniu, jak i o powadze krytycznej sytuacji, z którą dziś boryka się ludzkość. Każdy ma prawo w pełni zrozumieć naturę systemu, którego jest częścią jako wytwórca, konsument, jak jedna spośród miliardów osób zamieszkujących Ziemię. Ma prawo wiedzieć, kto korzysta z owoców jego pracy, kto korzysta z tego, co on kupuje i sprzedaje i do jakiego stopnia poprawia czy pogarsza swoje planetarne dziedzictwo.”

 

Rzeczywistość jest taka, że dziś niezliczone formy wyzysku rozwijające się na planecie przechodzą przez mechanizmy finansowe i pieniężne, które są nieprzejrzyste dla większości ludności, co pozwala popełniać niebywałe barbarzyństwa.

 

Uprzywilejowujemy tu propozycje idące po linii instytucji i procesu produkcji, dochodu i informacji. Chodzi o wypunktowanie linii, które zarysowują teorie. Na całej długości tego tekstu prezentowaliśmy najrozmaitsze propozycje, które się rodzą i wskazują na nowe rozwiązania. W praktyce dysponujemy nieodzownymi zasobami finansowymi i ludzkimi, technikami i wiedzą, pozwalającymi w krótkim czasie zaradzić podwójnemu dramatowi nierówności i zniszczenia środowiska. Puszenie się dyrektorów z Davos, uśmiechniętych symboli sukcesu, nieświadomych pogłębiającej się tragedii planetarnej, jest po prostu żałosne.

 

W istocie mechanizmy ekonomiczne wystarczają do zapewnienia koniecznych równowag. W sferze politycznej, mimo wszystkich ograniczeń, ogromnym postępem jest nasza ewolucja ku czemuś, co przybliża się do procesów demokratycznych. Procesy ekonomiczne zaczęły panować w polityce i jej nie podlegają. Prezes Exxon, z całą swoją władzą polityczną, którą ma wraz z prezydentem Stanów Zjednoczonych, spokojnie twierdzi, że alternatywne rozwiązania energetyczne to strata czasu. Czy ktoś wybrał go na takie stanowisko? To, co pozostało z procesów regulacji ekonomicznej, z rzadkim wyjątkiem tych lat, w których w niektórych krajach rozwiniętych prowadzono polityki keynesowskie, to po prostu prawo silniejszego. Czas rozciągnąć nad tą sferą osłonę demokratyczną.

 

 

 

 

KOMENTARZE

  • Ciekawy tekst,
    i wiele nowych idei z całego świata. Dla mnie najistotniejsze: Temat pełniejszego wykorzystania potencjału drzemiącego w ludziach,

    cytat:
    "(...)nie ma sensu podział pracy, w którym z powodu przepracowania część społeczeństwa stoi na krawędzi załamania nerwowego, a inna część jest zrozpaczona brakiem pracy(...)"
    i co tez ważne lepszego dostępu selekcji najzdolniejszych i dopasowaniu potencjału człowieka do wykonywanej pracy. To jest klucz i teraz pytanie jak przekuć to konkrety i na nasze polskie warunki.

    No i drugi równie istotny temat: Skupienie możliwości finansowych i produkcyjnych gospodarki na rzeczywistym rozwoju cywilizacyjnym całego społeczeństwa a nie na dostarczaniu zysku wąskiej grupie "trzymającej finanse".

    pozdrawiam
  • @Madara 21:50:55
    Rzecz wydawałaby się prosta. Są światowe i nasze przykłady z SGR http://nikander.nowyekran.pl/post/79639,klejnoty-polskiej-sgr-gazolina-sa jednak bez powieszenia kilku ortodoksów rynkowych się nie obejdzie.

    Proszę zauważyć z jaką zaciętością ta swołocz rzuca się na teksty Pana Jacka.
  • @nikander 15:48:37
    Akcjonariat pracowniczy, Gazolina, Region São Joaquim aż świerzbią rączki żeby sprawdzić te idę w praktyce, przystosowując je do naszych dzisiejszych realiów. A co do wolnorynkowców (również ortodoksów) to stanowczo się przeciwstawiam, za bardzo lubię z nimi dyskutować ;-).

    pozdrawiam
  • Na rozwój się nie czeka, lecz się go robi.
    Naprawdę dużo ciekawych spostrzeżeń. Te zjawiska są wokół nas a jednak mało osób potrafi uchwycić ich patologiczną naturę i przejrzyście je opisać. Poniżej niektóre rodzynki.:
    Podobnie jak inne regiony kraju, São Joaquim i sąsiednie gminy oczekiwały, że rozwój „przyjdzie” z zewnątrz pod postacią inwestycji wielkiego przedsiębiorstwa lub projektu rządowego. Niedawno niektórzy mieszkańcy regionu postanowili, że dłużej nie będą czekać i wybrali inny sposób rozwiązania swoich problemów: sami postanowili im sprostać. Ustalili specyficzne cechy miejscowego klimatu i stwierdzili, że wyjątkowo sprzyja sadownictwu. Zorganizowali się i z pomocą środków, którymi dysponowali, zrobili spółki z instytucjami badawczymi, utworzyli spółdzielnie, uruchomili wspólne kanały komercjalizacji, aby nie zależeć od pośredników – i dziś jest to jeden z najszybciej rozwijających się regionów kraju. Nie zależą od żadnej wielkiej korporacji, która z dnia na dzień może zmienić region: zależą od siebie samych.

    Taka wizja, zgodnie z którą możemy być panami naszej własnej transformacji ekonomicznej i społecznej, bo na rozwój się nie czeka, lecz się go robi, stanowi jedną z najgłębszych zmian, które zachodzą w naszym kraju.
    ...nie ma sensu podział pracy, w którym z powodu przepracowania część społeczeństwa stoi na krawędzi załamania nerwowego, a inna część jest zrozpaczona brakiem pracy. Racjonalizacja procesu wymaga na przykład demokratycznej interwencji w sprawie dnia roboczego, w tym decyzji, które obejmują nie tylko wieczną „konkurencyjność”, ale również wynik dla ludności pod względem równowagi społecznej, trwałości ekologicznej i prozaicznej jakości życia.

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

ULUBIENI AUTORZY

więcej