Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
73 posty 707 komentarzy

Nowa Architektura Finansowa

Jacek Rossakiewicz - ''Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart'' - Zasady monetyzacji gospodarki. Emisja pełnowartościowych pieniędzy - http://www.rossakiewicz.pl /demokracja/ Rzeczy Nowe - http://www.rzeczynowe.pl

DEMOKRACJA EKONOMICZNA - jako warunek DEMOKRACJI POLITYCZNEJ. Ladislau Dowbor, Polityka makroekonomiczna

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zdrowy rozsądek wskazuje, że na planecie z ograniczonymi zasobami prosta konkurencja, w której każdy ściga się, aby złapać dla siebie jak najwięcej, stanowi absurd systemowy.

 Tak, jak z trudem uczymy się, że polityka wymaga paktowania, aby zrównoważyć rozmaite interesy, tak dostęp do rzadkich zasobów planety wymaga paktowania, które pozwoli uszanować potrzeby wszystkich. Innymi słowy, trzeba rozciągnąć pojęcie demokracji tak, aby obejmowało kontrolę zasobów, które, koniec końców, należą do wszystkich z nas.

Spośród wszystkich działów, makroekonomia to dział, który otaczają zagadki. Tymczasem proces ten nie różni się zasadniczo od administrowania naszym domem. Jeśli chcemy zainwestować w nową kuchenkę, musimy zaoszczędzić. Jeśli zainwestujemy nie posiadając odpowiednich oszczędności, popadniemy w zadłużenie. Nasze coroczne wydatki musza odpowiadać temu, co produkujemy, temu, co przynosimy do domu w formie zarobków, zysków czy nawet emerytury. Jeśli wystarcza, mamy oszczędności. Jeśli brakuje, musimy zapłacić w następnym roku lub wziąć pożyczkę. Innymi słowy, rachunek musi się zamknąć. Makroekonomia ma po prostu do czynienia z rachunkiem krajowym i coraz częściej z rachunkiem planetarnym. 

W rozmaitych cyklach produkcyjnych wszystko musi się zamknąć, ponieważ to, co wymaga wysiłku, stanowi koszt. Gdy mówimy, że oświata publiczna jest bezpłatna, znaczy to, że odpłatność za nią nie jest bezpośrednia, lecz odbywa się za pośrednictwem podatków. W ten sposób część tego, co wytwarzamy jako społeczeństwo, podlega redystrybucji jako wydatek bezpośredni pod postacią zysków i płac, a inna podlega redystrybucji pośrednio, pod postacią wydatków publicznych. Jeśli jesteśmy zainteresowani informacjami handlowymi o samochodach i kupujemy czasopismo specjalistyczne, wydatek jest bezpośredni. Jeśli w telewizji pokazuje się nam reklamę samochodu, koszt stanowi część budżetu reklamowego, na który składamy się kupując rozmaite produkty. Ponieważ to, co płacimy, jest rozproszone w różnych produktach, odnosimy wrażenie, że mamy to za darmo, a przedsiębiorstwa wolą, abyśmy tak uważali. Innymi słowy, płacimy bezpośrednio albo pośrednio, ale płacimy. Każdy produkt społeczny wymaga wysiłku, a podstawowym celem makroekonomii jest to, aby ten wysiłek był inteligentnie ukierunkowany na coś, co technicznie nazywamy „racjonalną alokacją zasobów”.

Czy warto alokować zasoby w technologię? Jasne, bo postęp technologiczny pozwala, aby nasz wysiłek był wydajniejszy. W tym znaczeniu nie tylko fabryka, ale również edukacja stanowi inwestycję, ponieważ sprzyja inteligentniejszym formom pracy. Maszyna była postępem, gdyż na przykład bardziej efektywnie zaczęliśmy szyć ubrania, zapewniając „wydajność” naszemu wysiłkowi. Telefon czy Internet zwiększają naszą wydajność, gdyż zamiast przenosić nasze ciała, w mgnieniu oka i taniej przenosimy informację. Tak wzrasta nasza produktywność systemowa i uzyskujemy większą zdolność inwestycji oraz więcej produktów i usług. Warto alokować zasoby tak, aby generowały więcej zasobów. Podstawowa reguła to staranie się o alokację zasobów tam, gdzie będą bardziej użyteczne dla całego społeczeństwa. Stanowi to lub powinno stanowić trzon polityki makroekonomicznej.

Dobra i usługi są wytworem wysiłku najrozmaitszych aktorów gospodarczych. Skutki dla rozwoju będą różne w zależności od tego, kto zawłaszczy większy wolumen wytworzonego bogactwa. Większe bogacenie się spekulantów finansowych skutkuje przeszkodami dla działalności gospodarczej, wyjaławia oszczędności, gdy tymczasem na przykład lepsze wynagrodzenie drobnych producentów mogłoby zdynamizować zatrudnienie i rynek wewnętrzny. Zasadniczo polityka makroekonomiczna na dobre i na złe reguluje to, kto zawłaszcza wysiłek produkcyjny kraju.

Sam w sobie mechanizm makroekonomiczny nie jest złożony. Część produktu bezpośrednio trafia do rodzin pod postacią płac, zysków i innych dochodów alokowanych w spożyciu końcowym. Inna część przechodzi przez ręce rządu i przeobraża się w pośrednie spożycie rodzin pod postacią świadczenia usług publicznych, edukacji, ochrony zdrowia, bezpieczeństwa itd. Znaczna część zasobów przeobraża się w inwestycje publiczne lub prywatne, pozwalające na ekspansję ogólnej mocy produkcyjnej. Wreszcie jeszcze inna część idzie na spłatę procentów i amortyzacji pożyczek. 

Kto zasługuje na więcej produktu? Ten proces ma wymiar etyczny, związany z koniecznością zapewnienia minimalnie zrównoważonego dostępu wszystkich do produktu społecznego. Na przykład nie można pozostawić kogoś bez dostępu do lekarza dlatego, że jest ubogi czy pozostawić dziecko bez mleka pod pretekstem, że winne są mechanizmy ekonomiczne. Nadmiar bogactwa w niektórych rękach również stanowi dylemat etyczny, gdyż bierze się z niekontrolowanych mechanizmów ekonomicznych i staje się władzą polityczną, która ma tendencję do pogłębiania nierówności. Nadmiar bogactwa, podobnie jak nadmierny niedostatek są patologiczne dla każdego społeczeństwa. Powrócimy do tego w ostatnim rozdziale tego eseju. 

W ściśle ekonomicznym wymiarze uważa się, że to dobrze, iż osoby wynagradza się zgodnie z tym, co wnoszą do społeczeństwa, rekompensując w ten sposób najlepsze wysiłki i je stymulując. Gros naszych dramatów polega na tym, że niektóre osoby czy grupy społeczne mało wytwarzają, a dużo zawłaszczają. Zrównoważenie sytuacji i ewentualna korekta mechanizmów to istota polityki makroekonomicznej. 

Podstawowe rozróżnienie, które należy poczynić, polega na tym, że dany aktor gospodarczy może wzbogacić się wytwarzając nowe bogactwa lub zawłaszczając bogactwo innych. W naszej pracy O que é capital? posłużyliśmy się następującym obrazem: jeśli ktoś inwestuje budując kilka domów i z jakiegoś powodu bankrutuje, mówimy, że stracił pieniądze. Praktycznym rezultatem jest jednak istnienie nowych domów, w których mogą mieszkać konkretne osoby, a tym samym wzrósł produkt społeczny. Gdy natomiast kupujemy dolara przewidując, że wzrośnie jego kurs i on rzeczywiście rośnie, pieniądze, które na tym zarabiamy, odpowiadają zmniejszonej sile nabywczej tego, kto nam go sprzedał: jest to transferowe wzbogacenie się, a społeczeństwo nic na nim nie zyskało ani nie straciło. Na przykład pośrednicy finansowi uporczywie nazywają działalność spekulacyjną „inwestycjami”, gdy w rzeczywistości chodzi zaledwie o lokaty finansowe. Z technicznego punktu widzenia inwestycja jest wtedy, gdy ma na celu wzrost mocy produkcyjnej społeczeństwa.

Tymczasem z mikroekonomicznego punktu widzenia ktoś, kto zarobił kupując w odpowiedniej chwili dolara, wzbogacił się, choć bogactwo kraju nie wzrosło o złamany grosz. Celem makroekonomii jest możliwie najinteligentniejsza alokacja zasobów, zmierzająca do coraz większego dobrobytu całej ludności, a nie wyczyn spekulacyjny. Brazylia długo żyła z pewnego rodzaju procesem spekulacyjnym, jakim jest inflacja, a następnie z innym procesem spekulacyjnym opartym na wysokich procentach: oba te procesy wzbogaciły mniejszości, ale gospodarka nic na tym nie zyskała.

Centralny problem polega na tym, że nasza teoria ekonomiczna oddzielnie analizuje elementy, które uzyskują sens tylko wtedy, gdy analizuje się je w powiązaniu. Zasadniczo takimi elementami są procenty, inflacja, kursy walut, obciążenia podatkowe i poziom długu. Z tych elementów wynikają dochód, konsumpcja, inwestycje, zatrudnienie i produkcja.

Nie chodzi oczywiście o to, aby tworzyć tu teorię tej polityki, ale o wyjaśnienie potrzeby przejrzystości związków między decyzjami makroekonomicznymi a interesami konkretnych aktorów gospodarczych, którym przynoszą one korzyści. Istotą polityki makroekonomicznej jest to, że w ostatniej instancji chodzi o instrumenty podziału produktu społecznego. Jej abstrakcyjne studia mogą interesować konstruktorów modeli, ale skonstruowane modele rzadko pomagają zrozumieć rzeczywistość, a tym bardziej ją przeobrazić. Przeciwnie – na ogół posługiwanie się modelami służy zasadniczo nadawaniu technicznych pozorów racjonalności tam, gdzie po prostu mamy do czynienia z faworyzowaniem wybranych aktorów gospodarczych, a interesy pozostają w cieniu, co w bardzo niewielkim stopniu jest wkładem w demokrację.

Niedostateczne zrozumienie politycznego wymiaru procesów makroekonomicznych wywołuje zamieszanie. Apolityczna przestrzeń z decyzjami technicznymi opartymi na teorii ekonomicznej kamufluje realnie istniejące dynamiki, głównie oparte na presjach korporacyjnych. Tak oto decyzje ekonomiczne podejmuje się z powodów politycznych i zgodnie z kryteriami politycznymi, ale pod nieobecność odpowiednich mechanizmów demokratycznego podejmowania decyzji. Ponieważ ta sfera podejmowania decyzji ma istotne znaczenie, sama demokracja polityczna w dużej mierze traci sens.

Bardzo konkretnym przykładem jest inflacja. Celso Furtado postąpił po nowatorsku dokonując dyslokacji istoty tej kwestii. Zamiast konstruować szerokie teorie dynamiki cen, po prostu zadał sobie pytanie: komu przynosi korzyść – osławione cui bono? Stwierdził, że tym, którzy mają stałe dochody, jak pracownicy najemni czy emeryci, a także małe przedsiębiorstwa nie mające możliwości wywierania wpływu na ceny, dochody maleją wraz z każdą podwyżką cen. Ci zaś, którzy mają zmienne dochody, jak przedsiębiorcy, bankierzy i inni, po prostu podnoszą ceny towarzysząc rosnącej fali cen i, jeśli to możliwe, nieco ją wyprzedzając. Praktyczny rezultat jest taki, że inflacja stanowi transfer dochodu od biednych do bogatych. Gdy widzi się, komu przynosi korzyść, widzi się również, kto ją wywołuje. Epoka hiperinflacji, w której żyliśmy przez dziesięciolecia, stanowiła skandaliczny proces koncentracji dochodu w rękach najbogatszych.

Ta podstawowa orientacja – cui bono – to zasadnicze podejście. Na ogół dziś mówi się nam, że celem, do którego się zmierza, jest dobro wspólne, osiągane za pośrednictwem stabilności procesu. Stabilny proces to taki, w którym wyniki ekonomiczne regularnie trafiają do tej samej kabzy, toteż koniecznie trzeba zadawać sobie pytanie, o jaką stabilność chodzi: stabilność dla kogo?

Inflacja stała się jasna, gdy sprawdziliśmy, komu służy, co z kolei pozwala zrozumieć, że napędzały ja wielkie przedsiębiorstwa i banki. Podobne ćwiczenie można wykonać ze stopami procentowymi. 

W Brazylii okres eksplozji stóp przypadł na lata 1994-2002 i zbiegł się z fazą dziwnie nazywaną „stabilną”. Okres ten zaczął się przy długu publicznym rzędu 150 miliardów reali i skończył się z długiem publicznym ponad 800 miliardów. Innymi słowy, coś stało się z 650 miliardami reali –radykalnie podniósł się poziom długu, który jest publiczny, toteż obciąża każdego z nas. Gdzie poszły te pieniądze? 

W tej fazie procenty oscylowały w paśmie 20-30 proc. i dochodziły do 45 proc. Nie chodzi o procenty stosowane na rynku prywatnych pośredników finansowych (szczególnie w doborowym kartelu wielkich banków), ale o procenty płacone pośrednikom finansowym przez rząd. Ponieważ procenty, które banki wypłacają nam, zwykłym śmiertelnikom, są bardzo małe, proces zarabiania pieniędzy przez banki staje się jasny: biorą one nasze oszczędności, wynagradzają nas za nie w paśmie 10 proc. rocznie, używając tych pieniędzy w papierach wartościowych rządu za 20 proc. lub więcej. Rząd musi płacić te procenty bankom sięgając do podatków lub coraz bardziej się zadłużając. Zrobiono jedno i drugie: wraz z podwyżką podatków płacono astronomiczne procenty pośrednikom finansowym i posiadaczom wielkich lokat, a ponieważ nie wystarczało na zapłacenie wszystkich procentów, to, co pozostawało nie zapłacone, dodawano do poziomu długu. To my zapłaciliśmy podatki. To my zapłaciliśmy w przypadku spłaconych procentów, a jutro zapłacimy za niespłacone procenty, które dodaje się do długu.

Ponieważ ściągane podatki nie wystarczały na jednoczesne pokrycie machiny państwowej, rozmaitych świadczonych usług i obsługi zadłużenia, postanowiono podnieść podatki. Wzrosły one z 25 proc. w 1994 r. do 37 proc, w 2002 r., co stanowiło wzrost o 12 punktów procentowych. W fazie końcowej reprezentuje to roczny rachunek rzędu 240 miliardów reali. Z tej sumy 160 miliardów to pieniądze, które podatnicy zapłacili rządowi, aby z naszych oszczędności mógł spłacić procenty bankierom i posiadaczom wielkich lokat finansowych. To, co zarabiano na inflacji, teraz zarabiano na procentach, na ogół z korzyścią dla tych samych osób. W Brazylii mechanizm ten sympatycznie nazwano „rynkowym”. Ministrowi finansów gratulowano utrzymania stabilności. Przyglądanie się cui bono, na czyją korzyść, to zasadnicze podejście i powinno ono stanowić podstawowy element sposoby przyglądania się rachunkom przez nauki ekonomiczne. Jeszcze ważniejsze jest to, jak je przeformułować, aby społeczeństwu zapewnić przejrzystość, kto zawłaszcza jaką część produktu społecznego. 

Dług niekoniecznie jest niegodziwy. Gdyby uzyskane w ten sposób dodatkowe pieniądze inwestowano na przykład w modernizacje technologiczną małych i średnich przedsiębiorstw, skutkowałoby to dużym wzrostem gospodarczym i pozwalałoby tworzyć zasoby większe od zaciągniętego długu. Tak – i słusznie – rozumuje każdy, kto chce założyć przedsiębiorstwo, zaciąga pożyczkę i spłaca ją z dodatkowego dochodu, które przynosi przedsiębiorstwo.

Tymczasem, w przypadku naszego zadłużenia publicznego, ze strony sektora publicznego nie nastąpił wzrost inwestycji i ogólna stopa inwestycji popadła w zastój. Nie nastąpił również wzrost płac urzędników państwowych. Tak więc, dużej części zasobów transferowanych pod postacią podatków nie zawłaszczyła machina państwowa, czyli przytłaczająca część długu posłużyła do wzbogacenia, które nie miało oparcia we wzroście produkcji. Innymi słowy, we wszystkich elitach umocniła się władza pośredników finansowych, a inwestycje produkcyjne uległy stagnacji, co z kolei wyjaśnia brak wzrostu gospodarczego. Zrodziła się nawet przeszkoda dla produkcji, ponieważ wielu przedsiębiorców, zamiast inwestować w procesy produkcji, postanowiło lokować środki w rządowych papierach wartościowych, na których można było dobrze zarobić.

Jeśli chodzi o obciążenie podatkowe, sytuacje są zróżnicowane, ponieważ dochód pracowników najemnych deklaruje się u źródła – czyni to pracodawca, który jest jak najbardziej zainteresowany w zadeklarowaniu każdego grosza, aby zmniejszyć swoje własne podatki. Wzrost obciążenia podatkowego uderzył więc bezpośrednio w pracowników najemnych, których udział w dochodzie narodowym, a więc w konsumpcji, spadł w tym okresie z 45 do 37 proc. Z drugiej strony, pośrednicy finansowi płacą bardzo małe podatki. W ten sposób, w ostatniej instancji, wzrost obciążenia podatkowego polegał na transferze pieniędzy od pracowników najemnych via rząd do kieszeni bankierów i rentierów.

Mówimy tu o wzroście długu w tym czasie o 650 miliardów i o transferach ponad 100 miliardów reali rocznie w ostatnich latach – a więc o radykalnej, głęboko regresywnej dyslokacji polityki makroekonomicznej. Pośrednicy finansowi, którzy przedtem zarabiali na inflacji masę pieniędzy, zaczęli zarabiać w ten nowy sposób. W naszym kraju koncentracja dochodu nie stanowi jedynie „dziedzictwa” przeszłości: jest to bardzo nowoczesna dynamika. Za każdym razem odtwarzała ona nierówności. 

Równolegle przebiegał wzmożony proces prywatyzacji, który przyniósł ponad 100 miliardów reali. Wpływy z prywatyzacji nie służyły do spłaty długu, który wzrósł, ani do wzrostu inwestycji publicznych, które uległy stagnacji. Co się stało z tymi pieniędzmi? Dużą część zawłaszczyli ci, którzy robią lokaty finansowe; rozbudowały one władzę rentierów i pośredników finansowych. W tym miejscu nie chodzi o to, że na ogół prywatyzacje pozwalały robić bajeczne interesy tym, którzy po niskich cenach nabywali dobra publiczne. Chodzi o to, że poza spowodowaniem długu w wysokości 650 miliardów reali i poza wypłaceniem masy pieniędzy pod postacią procentów w tym samym czasie, gdy rosły podatki i rosło zadłużenie, dekapitalizacji uległy zapasy nagromadzonych dóbr państwa – srebra domowe. 

Doszło do olbrzymiego drenażu publicznych i prywatnych zasobów kraju na rzecz pośrednictwa finansowego, co stworzyło przeszkody dla procesu produkcji, a dla kolejnego rządu – gigantyczną pułapkę.

Jak to wszystko sprzedano społeczeństwu brazylijskiemu? To bardzo interesujące, gdyż pokazuje powiązanie gospodarki z polityką w ogóle. Kraj wychodził z traumatyzujących stóp inflacji. Wszyscy odczuwali ogromną ulgę. Z akceptacją spotkałby się każdy argument antyinflacyjny. Wysoką stopę procentową wylansowano w charakterze bohatera walczącego z inflacją.

Widać, jak można używać przestarzałych – choć doskonale ortodoksyjnych z punktu widzenia teorii ekonomicznej – argumentów w odniesieniu do nowych sytuacji, co z naukowego punktu widzenia stanowi oszustwo, ale sprawdza się w polityce. 

Jaki jest rzeczywisty związek procentów z inflacją? Dziś Amir Khair bez trudu pokazuje, że w epoce globalizacji, wraz z otwarciem rynków dla konkurencji (zwłaszcza chińskiej), nie będzie już groźby pojawienia się „smoka”, choć groźnie porykuje on we wszystkich czasopismach. Wręcz przeciwnie – ponieważ wymiana waloryzuje to, co rzeczywiste, potaniając import, nie można podnieść cen na rynku wewnętrznym nie narażając się na zalew produktów z importu. Tak więc, w epoce globalizacji, jest inaczej: do walki z inflacją nie potrzeba wysokich stóp procentowych, gdyż decydującą rolę odgrywa konkurencja międzynarodowa.

Zgodnie z innym poglądem, prezentowanym przez Paula Singera, bardzo wysoki koszt prywatnego procentu (stymulowanego przez wysoki procent urzędowy) ma tendencję do zwiększania kosztu produkcji, a tym samym sprzyja wzrostowi inflacji zamiast ją zmniejszać.

Trzeci ważny argument wynika z globalizacji spekulacyjnego systemu finansowego: w epoce hiperinflacji pośrednicy finansowi z Brazylii nie mieli szans na uczestnictwo w zglobalizowanym systemie spekulacji finansowej, ponieważ waluta codziennie przeżywała fluktuacje. Dlatego niska inflacja stała się konieczna do uczestnictwa (krajowych i ponadnarodowych) pośredników finansowych w światowym kasynie finansowym. Odtąd pośrednicy finansowi zaczęli być zainteresowani w stabilności cen i przestała być realna groźba „nawrotu” inflacji. Natomiast, po latach traumatyzmu pieniężnego, groźba ta nadal funkcjonuje w sferze politycznej.

W rezultacie zorganizowano gigantyczny transfer oszczędności ludności na rzecz pośredników finansowych i rentierów, którzy nic nie wytwarzają, w imię najwyższego celu – obrony ludu przed inflacją. Niski wzrost, który z tego wynikał, przedstawiano jako „konieczne poświęcenie”. Proces ten był legalny z uwagi na to, że oczywiście w Brazylii legalne jest organizowanie się grup finansowych w formie kartelu i zawłaszczanie przez nie publicznych polityk regulacji finansowej.

Media były potężnym sojusznikiem tego procesu, którego analiza nie była bardzo skomplikowana dla kogoś, kto chciał widzieć, co się dzieje. Przez osiem lat codziennie powtarzano, że epoka, którą analizujemy, była epoką „stabilności ekonomiczno-finansowej”, co w świetle przytoczonych wyżej liczb jest zupełnie absurdalne, ponieważ ten, kto zadłuża się i dekapitalizuje w ten sposób, albo sam sobie kopie grób, albo kopie go następnemu rządowi.

Nie chodzi tu o to, aby źle mówić o jednym rządzie, przede wszystkim dlatego, że następny rząd znalazł się w potrzasku i w niewielkim stopniu może zmienić sytuację. Dla nas ważne jest to, że aby zrozumieć, jak są ze sobą powiązane stopa procentowa, poziom długu, inflacja, kursy walut, inwestycje i wzrost gospodarczy, należy zbadać, jak te makrozmienne wzajemnie wzmacniają się w realnie istniejącym procesie ekonomicznym i jak procesy polityczne i informacje mediów wzmacniają dynamiki nierównowagi.

Implikuje to studiowanie polityki makroekonomicznej, które nie polega na tym, że opracowuje się złożone modele ekonometryczne możliwych reakcji tajemniczego osobnika stosownie nazywanego „rynkowym”, lecz na tym, że bada się konkretnie, jak ewoluuje dochód każdego z aktorów ekonomicznych – beneficjentów – w tym okresie, i wyjaśnieniu, jak makrozmienne zmieniono pod kątem tych interesów.

W gospodarce nie ma cudów. Dramatyczne wzbogacenie pośredników finansowych pociągnęło za sobą równie dramatyczne koszty w innych sferach. Ponieważ było to wzbogacenie transferowe, nie przysporzyło ono wzrostu bogactwa. Stało się coś, co nazywa się wyjałowieniem oszczędności.

Odpowiedzieć na pytanie, czy gospodarka rozwija się pomyślnie lub niepomyślnie, implikuje wiedzę o tym, komu powodzi się w gospodarce, a komu nie. Jeśli ten, komu powodzi się w gospodarce, jest tym, kto ma władzę wraz z mediami, na ogół powstaje wrażenie, że „sprawy” dobrze idą. Lecz z biegiem czasu pojawiają się dziury. Na przykład, kto spłaci ten dług?

Wraz z tym zarysowuje się konieczna kontrtendencja: dążenie do obniżki stopy procentowej, zwiększenia masy płacowej, stawienia czoła władzy medialnej spekulantów, opodatkowania zysków finansowych, otwarcia linii finansowania z kanałów urzędowych ku sferom produkcyjnym itd.

Nowe teorie? W tej dziedzinie nie potrzeba żądnych teorii ani złożonych modeli. Wręcz przeciwnie – elukubracje ekonometryczne zasadniczo należą do czegoś, co Galbraith nazwał „małymi oszustwami”, robiącymi wrażenie technicznego uzasadnienia dla czegoś, co stanowi polityczne opcje zawłaszczania zasobów przez określonych aktorów ekonomicznych, i co o wiele bardziej odzwierciedla stosunki władzy niż racjonalność ekonomiczną. Wobec złożoności kalkulacji grupy ograbione wyobrażają sobie, że tam, gdzie faktycznie jest grabież, istnieje głęboka racjonalność. W rzeczywistości nie są nieodzowne nowe teorie czegoś, co Furtado nazywa „środkami”; po prostu nieodzowna jest uczciwa informacja o korzyściach i stratach różnych grup społecznych, przedstawiająca w sposób zorganizowany udział rozmaitych aktorów ekonomicznych w produkcie społecznym. W tym znaczeniu reorientacja metodologiczna zasadniczo polega na prawidłowym przedstawianiu rachunków. O wiele bardziej jest to problem uczciwości i przejrzystości niż teorii ekonomicznej.

Ogólnie rzecz biorąc, ponieważ chodzi o kwestię zasadniczą – o to, kto zawłaszcza jaką część wyniku wysiłków całego społeczeństwa – zapewnienie przejrzystości tych rachunków ma żywotne znaczenie, ponieważ od niej zależy sens procesów demokratycznych. Prawdopodobnie chodzi tu o najbardziej znaczące powiązanie demokracji gospodarczej z demokracją polityczną. 

Ladislau Dowbor

 

Więcej:

Ladislau Dowbor,  Demokracja Ekonomiczna,  2008

dowbor.org/2008/05/demokracja-ekonomiczna.html/

 

dowbor.org/tag/pl/

KOMENTARZE

  • JR
    Prosty mechanizm; teraz trzeba go dostosować do polskich warunków i przygotować do wprowadzenia.

    Koncepcja w pełni zgodna, co do zasady, z ideą Cywilizacji Polskiej. Ale, jak napisałem, wymaga dostosowania mechanizmów.
    Z teorii - brakuje mi pracy studialnej na temat emocjonalnej wartości pieniądza.
    I zebrania w jeden system wszystkich idei cząstkowych - tworzenia przedsiębiorstw, kreacji pieniądza, poziomu podatków czy choćby sposobu potraktowania zadłużenia.

    Ważne w ujęciu Dowbora jest jedno - nie zajmuje się pierdołami, a umie wyłapać najważniejsze sprawy i utrzymać kierunek zmian.
    U nas tę rolę powinna pełnić idea Cywilizacji Polskiej - jako oś dostosowań. Rola autorytetów - to przeszłość. " Przywódcą" musi w warunkach polskich być idea.
  • Widzę Marx wiecznie żywy:
    "By w danym kraju zapanował socjalizm, wystarczy wprowadzić w nim demokrację" Walka klas o "ograniczone" zasoby (złoto i srebro, nie o wyżywienie czy ziemię, których pod dostatkiem) trwa, tyle że oczywiście o dostępie nie ma decydować pracowitość, tylko nadal polit-biuro i najbogatsi.

    Nie wspomnę o naiwności i ignorancji autora próbującego sprzedać ten sam system w innym pakiecie, bez jakichkolwiek zabezpieczeń przed korupcją i rozkradaniem, pomijając jednocześnie fakt, że WSZYSTKIE kraje o większej wolności gospodarczej (bliższe wolnemu rynkowi) mają rozwój WYŻSZY od Brazylii, która pod tym względem jest w drugiej połówce świata! Szkoda słów..
  • Zachęcił mnie tytuł. Przeczytałem.
    Ale w treści nic o "demokracji ekonomicznej" - nie znalazłem.
    Może spowodowane jest to brakiem przyjętej na potrzeby artykułu definicji samej demokracji.
    Procedurą demokratyczną jest stanowienie dla wszystkich tego, co większość uzna za celowe.
    Oczywistym jest, że większość nie ustanowi niczego, co wywoływałoby jej zubożenie, czy zmiejszyło szerokość pola wyboru dóbr o wymiarze ekonomicznym.
    Ale tych dylematach demokracji - ani słowa.
    Czuję się nabrany.

    Podstawową kwestią demokracji ekonomicznej jest ustalenie - KTO jest uprawniony do stanowienia podstawwych relacji ekonomicznych. Więc po pierwsze - procedury kreacji pieniądza.
    W tej sprawie - w atrykule - także cisza.

    Jakie tezy autor stawia?
    No bo po "zadęciu" spodziewam się jakichś wniosków konstruktywnych.
  • Oj Jacku, Jacku...
    Wszyscy już chyba wiedzą, że ekonomia ma być brudnojudejska a nie jakaś tam demokratyczna. A Ty ciągle swoje.

    Pozdrowienia od tego co też nie wie.
  • @BTadeusz 13:12:08
    Prezentowany fragment tekstu "Demokracji Ekonomicznej" Ladislau Dowbora dotyczy makroekonomii, co zostało podane w tytule.

    Prezentacja fragmentu tekstu silą rzeczy stanowi wybór i to wybór takiego fragmentu, który można wydzielić bez większej szkody spowodowanej utratą kontekstu. Po więcej proszę sięgnąć do przytoczonego źródła (tekst ma ok. 117 stron)

    W części drugiej przytoczę rozdział opisujący Demokrację Ekonomiczną. ale operujący wcześniej wyjaśnionymi terminami i teoriami. Tam odwołanie do całego tekstu też jest potrzebne, aby zrozumieć cytowany fragment.

    Uważam, że warto przytoczyć cenne opracowanie, w nadziei, że znajdzie się wiele osób, które do tekstu źródłowego zajrzą. Uważam, tez że warto korzystać z tekstów oryginalnych i nie ma powodu poprzestawać na ich opracowaniach. Oryginalność myśli , postawy, wartości etycznych zawartych w teorii ujawnia się wówczas - bez pośrednictwa. - z cała siłą.
    To jest najbardziej cenne w tekście, który ma za zadanie pokazywać prawdę i uwarunkowania zjawisk.

    Dodam, iż bez etyki nie ma poznania.

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

ULUBIENI AUTORZY

więcej